Marek Brzeziński
Tekst z 28/06/2007 Ostatnia aktualizacja 28/06/2007 16:38 TU
To była i jest legendarna ulica Paryża. Tutaj, w niektórych zakątkach, przetrwał ten paryski nastrój, klimat, koloryt. To COŚ nieuchwytnego co składa się na paryską legendę. Rue Mouffetard. To tutaj najlepiej smakują przysmaki greckiej kuchni. To tutaj, nawet jesienią, w ogródkach pod gazowymi grzejnikami, na nóżce lampy ulicznej można siedzieć do białego rana. To tutaj targ w okolicach kościoła tętni życiem i pulsuje kolorami całej palety Cézanne'a. To tutaj kloszard tuli się do wywietrznika w chodniku, skąd wieje ciepłe powietrze – ciepło życia. To wreszcie tutaj z ust Francuza i jego francuskiej żony usłyszałem, że „tak bardzo nie cierpią francuskiej mentalności, że założyli w sercu Paryża angielski pub”. Rue Mouffetard.
Sama ulica może zachwycić swym urokiem, jednak jej nazwa ma korzenie, zaiste, dalekie od czarujących. Pochodzi bowiem od słów, które w Średniowieczu oznaczały „cuchnące wyziewy”. Te rejony Paryża leżały na rzeką Bièvre. Obecność wody ściągała tutaj różnej maści handlarzy podrobami i garbarzy oraz rzeźników. Resztki zwierząt wrzucano do rzeki. Smród był przejmujący i kto mógł omijał te rejony szerokim łukiem. Paryżanie zmuszeni do przechodzenia tą okolicą zakrywali nos i z obrzydzeniem powiadali – „Quelle moffette!” – „Cóż za odór!”. A od słowa „moffette” do „mouffetard”, było już bardzo blisko, jak twierdzą badacze etymologii nazw paryskich ulic. Ponoć jest to wynik decyzji parlamentu, który w 1376 roku zlecił, aby do rzeki wyrzucać resztki zwierzęce. I tak romantyczna rzeka Bièvre, bo taką była, zamieniła się w ściek pod gołym niebem. Jednak wcześniej było to miejsce ujmujące urokiem wiejskiej sielanki. Tutaj krzyżowały się ważne trakty Lutecji w czasach, gdy Juliusz Cezar po bitwie pod Vitry zdobył dzisiejszy Paryż. Od wzgórza Świętej Genowefy rue Mouffetard opada stromo w dół, przechodzi w stronę dzisiejszej Alei Gobelinów i dalej w kierunku Placu d'Italie - słusznie noszącego tę nazwę, która mimo, że sięga nie dalej niż XIX stulecia, to jednak tak naprawdę, w metafizyczny sposób dotyka czasów rzymskich, bo tędy wiódł szlak do Italii. Obecnie to droga krajowa unieśmiertelniona przez Charlesa Treneta w piosence „Nationale 7”- hymnie Paryżan jadących na wakacje.
Dawno, dawno temu, zbocza łagodnie opadające ku rzece Bièvre nie były jeszcze zaludnione rzeźnikami i chatkami garbarzy ale porośnięte winnicami.
Ponieważ w tym miejscu nie brakowało pagórków, a jeden z nich nosił łacińską nazwę Cetardus, stąd są i tacy, którzy twierdzą, że to jest źródłosłów Mouffetard, bo pochodzi od zbitki Mont Setard. I powietrze wcale nie było morowe, a przeciwnie – zachwycająco rześkie i czyste, przyciągało zatem wielu możnych ówczesnych czasów. Blanka Burgundzka, żona Karola IV panującego na przełomie XIII i XIV wieku, często tutaj zaglądała dla odpoczynku. Na miejscu pałacyku, w którym zatrzymywała się królowa, dzisiaj znajduje się Zamek Białej Królowej. Już w szóstym wieku, po śmierci Świętego Médarda, powstała u stóp wzgórza kaplica, która dzisiaj jest bardzo pięknym przykładem architektury przełomu późnego gotyku i renesansu. Kościół powstał na miejscu kaplicy zniszczonej przez Wikingów, którym Paryża zdobyć się nie udało, a to dzięki odwadze i wstawiennictwu Świętej Genowefy. Jednak te okolice leżały w owym czasie o jeden kilometr od Paryża. Szczątki Świętego Médarda, doradcy królów w czasach Merowingów, znaleziono dopiero w 1978 roku.
Święty Médard włożył koronę na głowę dziewczyny o dobrym sercu i nieskazitelnej cnocie. Od tego czasu istnieje tutaj tradycja Święta Róży, kiedy to hołdy składa się pannie godnej i zachowującej się godziwie.
Kościół związany jest ze skandalem, jaki zaczął się pierwszego maja 1727 roku i trwał przez trzydzieści pięć lat. Chodziło o postać miejscowego proboszcza, który w wyniku umartwiania się i głodówek zmarł w wieku 36 lat. Nie chodziło jednak o to, że taki wybrał tryb życia, lecz o jego poglądy. Był jansenistą, a ci dzięki podszeptom jezuitów, twierdzącym, iż zagrażają oni monarchii, byli prześladowani przez Ludwika XIV. Po odejściu proboszcza Paryż wpadł w delirium umartwiania się i samobiczowania się. A to spowodowało kontrreakcję. Zaczęły się prześladowania, którym kres położyło wypędzenie jezuitów w 1762 roku.
Janseniści stanowili ponoć większe zagrożenie dla tronu, niż „angielska filozofia, która w tak okropny sposób dotknęła umysły setek filozofów we Francji.” Tak twierdził Markiz d’Argenson, minister na dworze Ludwika XV. Korzenie bardzo specjalnego stosunku Francuzów do Anglików zapewne sięgają dalej, niż czasy Eleonory Akwitańskiej, ale jak widać i w późniejszych epokach były z powodzeniem i troskliwością kultywowane. Dzisiaj od tego miejsca gdzie stoi kościół pnie się w górę ulicy fantastycznie kolorowy targ owoców, warzyw i ryb.
George Orwell w swojej książce o Paryżu i Londynie wspomina te okolice, gdzie zresztą na świat przyszedł genialny rzeźbiarz Auguste Rodin. Wspomina bardzo źle.
Orwell pisze, że roiło się tutaj od typków spod ciemnej gwiazdy, wykolejeńców i podejrzanych gości, którzy wyglądali na takich, co się przed niczym nie cofną – Arabów, Włochów i ...Polaków - mogących się gnieździć, nie bacząc na brud i zgiełk, w domach, pół ruderach, tak pozlepianych ze sobą, jakby zastygły w ostatnim geście poprzedzającym upadek - chwilę, gdy rozpadną się w pył. Trzeba przyznać, że niezbyt to zachęcający opis, ale cuchnące toalety, zgodnie z paryskim obyczajem wspólne dla wszystkich lokatorów, nie odstraszały także i Ernesta Hemingwaya, który ze swoją narzeczoną Hadley mieszkał w pobliżu, przy rue Cardinal-Lemoine pod numerem 74, w kamienicy na czwartym piętrze. Trzy numery bliżej, po drugiej stronie ulicy, James Joyce kończył swojego Ulissesa. Szło pięknie i pisało się wspaniale, mimo, że na trzecie piętro często trzeba było pijanego w trupa pisarza wciągać z pomocą kilku par życzliwych rąk.
Dzisiaj rue Mouffetard, która istnieje od 1254 roku, jest pełnym wdzięku zakątkiem, do którego chętnie zaglądają Paryżanie. I oczywiście turyści.
Wprawdzie głównie greckie, ale też brazylijskie i inne latynoskie restauracje i kluby muzyczne, tak jak amerykańskie lodziarnie nadają rue Mouffetard atmosferę kosmopolityczną, to jednak gwar dzieciarni na szkolnym podwórku ukrytym za wysokim murem, urocze zaułki, kwiatki, które swą barwną paletą ozdabiają szarość murów niczym świetny makijaż zdobi twarz po nieprzespanej nocy, spokojne życie wąskich, by nie rzec bardzo ciasnych uliczek, to wszystko sprawia, że okolice rue Mouffetard zachowały tę iluzoryczną, tę legendarną, paryską atmosferę. Kto wie, czy to nie ostatnie ze złudnych marzeń o Paryżu. Sen-jawa.
Wiadomości
EuRaNet
Kultura